Napisali o nas

Gazeta Wyborcza Trójmiasto
"Walka o kardiologię"

2,7 mln zł - tyle trzem oddziałom kardiologicznym w Gdańsku i Gdyni zaproponował NFZ. Potrzeba ponad trzy razy tyle, aby te oddziały mogły leczyć chorych

-
Propozycja Funduszu niczego nie załatwia - mówi Jerzy Karpiński, lekarz wojewódzki. - Jest po prostu niepoważna. Oczekujemy pełnego finansowania oddziałów kardiologicznych w Gdańsku i Gdyni, nie pozorowanych gestów.


Po konkursie pomorskiego NFZ bez kontraktu na przyszły rok zostały trzy oddziały kardiologiczne z Trójmiasta: Szpital Morski w Redłowie, Szpital Studencki i Pomorskie Centrum Traumatologii w Gdańsku. Na tych oddziałach leczy się m.in. chorych z niewydolnością serca, arytmią, zapaleniem mięśnia sercowego. Brak kontraktu to dla pacjentów z chorobami serca w Trójmieście 91 łóżek mniej (w tym prawie połowa monitorowanych 24 godz.). Po konkursie pomorskie władze samorządowe i wojewódzkie wysłały apel do ministerstwa zdrowia, do protestu dołączyła Rada Miasta Gdyni.


NFZ zaproponowało ostatecznie szpitalom dodatkowy konkurs, oddziały będą walczyć o 2,7 mln zł.


- Nasz oddział to wynik strategii pomorskich władz, które zdecydowały się kilka lat temu stworzyć w szpitalu w Redłowie ośrodek leczenia niewydolności serca - mówi Michał Szpajer, ordynator kardiologii Szpitala Morskiego. - Oddział ma 38 łóżek, ściśle współpracuje z nim poradnia niewydolności serca. To przemyślane, zintegrowane leczenie chorych z niewydolnością serca. To też kilka lat inwestowania - pieniądze na oddział przekazali pomorski sejmik, władze Gdyni, prywatni sponsorzy, około 2,5 mln zł poszło na sprzęt i remont. A Fundusz potraktował nas jak nic nie znaczący, trzeciorzędny oddział. Jakby nie miał żadnej wiedzy o tym, czym jest ten oddział dla regionu, jakie są wobec niego plany. Nie mogę się z tym pogodzić.


Rozgoryczony jest też dyrektor dwóch gdańskich szpitali, które zostały bez kontraktu. Wszyscy dyrektorzy zgodnie twierdzą, że proponowana kwota nie wystarczy na działanie nawet jednego oddziału.


- Potrzebujemy 4 mln zł, żeby leczyć chorych - zapowiada ordynator Szpajer. - Mniejsze pieniądze to powolna agonia kardiologii w Redłowie.


Władze samorządowe uważają, że pomorski NFZ realizuje własną, niezrozumiałą politykę zdrowotną i nie godzą się z jego propozycją finansową. - Spotykam się z kierownictwem pomorskiego NFZ, żeby ustalić jak zapewnić funkcjonowanie oddziałom kardiologicznym - zapowiedziała Hanna Zych-Cisoń. wicemarszałek województwa.


Rozmowa z wojewódzkim konsultantem ds. kardiologii

Alicja Katarzyńska: Kto straci na zmniejszonych kontraktach na kardiologię niezabiegową?

Grzegorz Raczak: Pacjenci z zaostrzoną niewydolnością serca, arytmią wymagającą monitorowania, z omdleniami. Ciężko chorzy, ale nie wymagający natychmiastowej pomocy. Kardiologia inwazyjna, czyli zajmująca się pacjentami w ostrych stanach, jest dobrze zabezpieczona, bo mamy dziewięć specjalistycznych ośrodków. Tyle że osoby z zawałem serca to tylko część wszystkich chorych kardiologicznie. Zresztą ci chorzy po ostrej fazie choroby też muszą trafić na oddziały niezabiegowe. Pacjenci takich oddziałów są zwykle starsi, od 70 roku wzwyż, często oprócz poważnej choroby serca mają kilka innych chorób: cukrzycę, nadciśnienie, choroby nerek. A procedury są kiepsko płatne, szpital na nich traci.

W przeciwieństwie do kardiologii inwazyjnej, która jest bardzo dobrze wyceniona przez NFZ. Stąd coraz więcej niepublicznych podmiotów, które chcą leczyć, ale i zarobić. Tylko kto zajmie się "trudnymi" i "źle wycenionymi" chorymi niezabiegowymi?

- Kreowanie polityki zdrowotnej w regionie powinno polegać właśnie na utrzymaniu równowagi między kardiologią zabiegową i niezabiegową. Teraz tego zabrakło. A szpital w Redłowie, który przepadł w konkursie NFZ, zorganizował nieakademicki ośrodek leczenia chorych z niewydolnością serca. Ordynator tego oddziału stworzył system z całoroczną opieką ambulatoryjną dla pacjentów.

Trzeba czekać na przypadek chorego, który zostanie bez pomocy, żeby znalazły się pieniądze na kardiologię?

- Ci chorzy nie zaczną nagle masowo umierać. Zresztą nikt przecież nie będzie prowadził specjalnych badań dotyczących tego, co się stanie, gdy w Trójmieście zniknie 90 czy 50 łóżek kardiologicznych. To się będzie działo po cichu, ktoś w jakimś szpitalu trafi na łóżko bez całodobowego monitora, ktoś za długo będzie czekał na leczenie i stanie się tragedia. Wszystkie trzy oddziały powinny dostać kontrakt, żaden nie powinien zostać zlikwidowany.

Alicja Katarzyńska

Treść artykułu zamieściliśmy zgodnie z zawartą umową o udzielenie licencji niewyłącznej.

ikona