Nakręcony w Gdyni "Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł" w reżyserii Antoniego Krauze - pierwszy film opowiadający o grudniowej masakrze na Wybrzeżu - wejdzie do kin w ostatnich dniach lutego. Temat grudnia 1970 r. pojawił się już przed laty w "Człowieku z żelaza" Andrzeja Wajdy z 1981 r. Scena śmierci stoczniowca Mateusza Birkuta (Jerzy Radziwiłowicz) powstała na tym samym wiadukcie przy przystanku SKM Gdynia Stocznia, gdzie milicja i wojsko otworzyły ogień do idących do pracy robotników.Pierwszy był Wajda „W zdjęciach nie uczestniczyły nie tylko czołgi, których odmówił mi generał Jaruzelski, nie brał w nich również udziału żaden umundurowany funkcjonariusz MO, choć filmowaliśmy na ulicach i w pociągach, nie zatrzymując ruchu. Nie było rady, musieliśmy ryzykować wystawienie własnych, przebranych w mundury MO sił zbrojnych, co nie zdarzyło się nigdy przedtem w dziejach naszej kinematografii. Jakim cudem Barbara Ślesicka zdobyła tych kilkadziesiąt mundurów, pozostanie jej tajemnicą. Pożyczone od prywatnych właścicieli samochody i motocykle zostały bez ich wiedzy przemalowane wodną farbą na szary kolor, a cała ta operacja odbyła się w całkowitej tajemnicy w ciągu niewielu godzin w pobliskiej bazie samochodowej" - wspomina kręcenie tamtych ujęć Andrzej Wajda w książce „Kino i reszta świata".W tym samym miejscu powstała rozgrywająca się 10 lat później scena, w której syn Birkuta (w roli Maćka Tomczyka również Jerzy Radziwiłowicz) wbija krzyż w miejscu śmierci ojca. A kiedy z żoną Agnieszką (Krystyna Janda) odchodzą w stronę stoczni, w tle słyszymy śpiewaną przez Jandę "Balladę o Janku Wiśniewskim".W tym samym filmie Wajda zainscenizował również przemarsz z niesionym na drzwiach ciałem zabitego robotnika. Scena pochodu ulicą Świętojańską była inspirowana zrobioną z ukrycia amatorską fotografią gdynianina Edmunda Peplińskiego. Choć - co ciekawe - sceny z "Człowieka z żelaza", która ma przedstawiać przemarsz ulicą Świętojańską, z pewnością nie nakręcono w Gdyni. Na filmie widać co prawda brukowaną ulicę (w roku 1970 Świętojańska miała jeszcze taką nawierzchnię), ale zamiast trakcji trolejbusowej na ekranie mamy... tory tramwajowe. Dźwiękową ilustracją pochodu robotników są archiwalne nagrania zarejestrowane przez bezpiekę w grudniu 1970. - To jedna z najważniejszych scen filmu - wspominał po latach reżyser.Temat siedział w głowie 40 lat po grudniowej masakrze temat powrócił na ekran za sprawą trójmiejskich dziennikarzy: Michała Pruskiego i Mirosława Piepki, którzy w 1970 r. jako młodzi chłopcy byli świadkami tragicznych wydarzeń, a po latach postanowili nakręcić o tym film. - Ten temat nosiliśmy w sobie od lat. Siedział w głowie i domagał się uwolnienia. Chcieliśmy go z siebie wyrzucić, tylko szukaliśmy klucza - opowiadają.Początkowo myśleli o filmie dokumentalnym, ale Agnieszka Odorowicz, szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej przekonała ich, że temat nadaje się na fabułę. - Chciałem opowiedzieć o Gdyni, bo tu doszło do zbrodni ludobójstwa w czystej postaci. Był strajk, ale nie wybito ani jednej szyby, żadnej dewastacji ani podpaleń. Lokalna władza pierwszy raz w PRL podpisała porozumienie ze strajkującymi. To ewenement. I wtedy na ludzi wysłano czołgi - mówi Piepka. - Poprosiłem Michała o listę gdyńskich ofiar. Prawie wszyscy to kawalerowie. Na ostatnim miejscu był Brunon Drywa z informacją: "34 lata, żonaty, troje dzieci, pochodził z Tuchlinka na Kaszubach". Pomyślałem: jak odnajdziemy rodzinę i będą szczerze rozmawiać, mamy bohatera. I plan się powiódł.Ich scenariusz opowiada historię Drywy, dokera z gdyńskiego portu, który 17 grudnia w drodze do pracy został trafiony kulą w plecy. Jego rolę zagrał 36-letni Michał Kowalski, aktor Teatru Wybrzeże. To jego pierwsza duża rola filmowa. Jego żonę, Stefanię zagrała Marta Honzatko, młoda aktorka z Krakowa. Oprócz nich zobaczymy wielu artystów trójmiejskich scen: Martę Kalmus-Jankowską, Cezarego Rybińskiego, Grzegorza Gzyla, Bernarda Szyca, Mateusza Deskiewicza, Bogdana Smagackiego, Beatę Buczek-Żarnecką i innych. A w epizodycznych rolach gwiazdy: Wojciech Pszoniak jako Władysław Gomułka, Piotr Fronczewski jako Zenon Kliszko, Witold Dębicki w roli Mieczysława Moczara."Czarny czwartek" wyreżyserował Antoni Krauze, twórca m.in. "Akwarium", "Palca Bożego" i "Prognozy pogody". Kompozytorem muzyki jest Michał Lorenc.Autorom scenariusza wiele czasu zajęło gromadzenie historycznej dokumentacji. - Trzeba było pokazać, jak zachowywała się władza - opowiadają. - Odtwarzając wystąpienie Zenona Kliszki, który na posiedzeniu Komitetu Wojewódzkiego mówi, że nawet jak zginie trzydziestu robotników, to nic takiego się nie stanie, dotarliśmy do archiwów SB. Przekopaliśmy akta procesu Grudnia i IPN. Świadków wydarzeń szukaliśmy po całym świecie. Mężczyznę, który umierającego Drywę przenosił przez tory na ul. Czerwonych Kosynierów, znaleźliśmy w Nigerii. Rozmawialiśmy z lekarzem, który widział, jak inny chirurg operował Drywę. Mówił, że nie było szans.Współproducent Kazimierz Beer: - Jesteśmy wierni realiom. Wszystkie sceny i dialogi są prawdziwe. Widz ma mieć wrażenie, że ogląda dokument.Czołgi znów na ulicach - Przez lata kręciłem dokumenty o wojnach i wiele już w życiu widziałem. Ale inscenizacja wydarzeń Grudnia '70 zrobiła na mnie porażające wrażenie: obraz szpitala, który nie jest w stanie pomieścić rannych, kostnica, która nie mieści ciał - opowiada operator Jacek Petrycki ("Robotnicy'80", "Europa, Europa", "Boisko bezdomnych"), autor zdjęć, które zimą zeszłego roku przez ponad miesiąc kręcono w Gdyni.Większość ze zdjęć powstała w miejscach, które były świadkami tragedii: w okolicy przystanku SKM Gdynia Stocznia, na ul. Świętojańskiej i przy obecnym Urzędzie Miasta (dawniej Prezydium Miejskiej Rady Narodowej). Ale także przy szpitalu w Redłowie, dowództwie MW na Skwerze Kościuszki, na cmentarzu Witomińskim, ul. Morskiej oraz w Małym Kacku przy ul. Łowickiej.Na ekranie wypatrzymy podziemne przejście gdyńskiego dworca, ulicę Podjazd i Biskupa Dominika (wtedy Szenwalda) na Wzgórzu Św. Maksymiliana (wtedy Wzgórzu Nowotki, gdzie mieszka brat głównego bohatera). Wprawne oko znajdzie też kilka filmowych "oszustw": wnętrze dawnej kliniki na ul. Łąkowej w Gdańsku "zagrało" pomieszczenia szpitala w Redłowie (gdzie jest operowany i umiera Brunon Drywa), przedwojenne wnętrza Banku Polskiego przy ul. 10 Lutego w Gdyni udają podziemia Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (gdzie katowani są uczestnicy pochodu Świętojańską), bloki z wielkiej płyty przy ul. Steyera na gdyńskim Pogórzu są filmową Chylonią, gdzie rodzina Drywy niedawno dostała mieszkanie. Z kolei jedno z podwórek w Małym Kacku na filmie ma wyglądać jak część wsi pod Sierakowicami.Podczas zeszłorocznych zdjęć nie obeszło się bez kłopotów. Pogoda popsuła szyki realizatorom: spadł śnieg. - Kiedy do zrealizowania zostały tylko dwie sceny na cmentarzu w Witominie - wyprowadzenie trumny z kaplicy trumny i pogrzeb - plany pokrzyżowała nam pogoda. W scenie pochówku nie powinno być śniegu. O ile do pozostałych zdjęć łatwo usunęliśmy go z ulic i chodników, o tyle cmentarz trudno było odśnieżyć. Musieliśmy czekać na odwilż - opowiada Kazimierz Beer.Poza Trójmiastem nakręcona została tylko sekwencja w gmachu Giełdy Papierów Wartościowych, dawnej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR, gdzie Władysław Gomułka naradza się z towarzyszami.Kilka razy filmowców odwiedziła Stefania Drywa, wdowa po Brunonie Drywie. Razem z synem Romanem, który do dziś pamięta nocny pogrzeb ojca, zaglądała do hali zdjęciowej na terenie gdyńskiego portu, gdzie zrekonstruowano m.in. mieszkanie Drywów. - Chwaliła pracę scenografów. Powiedziała, że czuje, jakby przeniosła się w czasie, bo dokładnie tak wyglądał ich dom - opowiada Petrycki.Dużo wysiłku kosztowało scenografów przygotowanie ulic Gdyni, czyli zaaranżowanie wyglądu miasta z roku 1970. - Ale nie to było najważniejsze. To, o czym opowiada film, czyli dochodzenie do prawdy o ludzkiej tragedii, jest istotniejsze niż szyld, który może pojawić się gdzieś w tle - podkreśla autor zdjęć. W filmie wykorzystano też sporo archiwalnych filmów z gdyńskiego pogromu.Dialog z Wajdą - To film o zbrodni, o morderstwie, o tym, co władza potrafi zrobić ludziom. Potrafiła i potrafi, jak nie w tym kraju, to w innym - mówi Michał Kowalski, filmowy Brunon Drywa. - Sam jestem ciekaw, co taki film może dać ludziom? W pewnym sensie robimy kontynuację "Człowieka z marmuru" i "Człowieka z żelaza". Dopisujemy do tej historii jakąś część.Być może powstało to brakujące ogniwo. Takie podjęcie po latach rozmowy z filmami Wajdy jest konieczne. Aż dziw, że tyle lat musieliśmy na to czekać."Czarny Czwartek" w liczbach 32 dni zdjęciowe,60 użytych do zdjęć czołgów, skotów i aut osobowych80 członków ekipy filmowej100 aktorów500 statystów8 mln zł - budżet filmuKatarzyna FrycTreść artykułu zamieściliśmy zgodnie z zawartą umową o udzielenie licencji niewyłącznej. Opublikowano: 27.01.2011 00:00 Autor: Sylwia Szumielewicz - Tobiasz (s.szumielewicz@gdynia.pl)