Są takie historie, które brzmią jak scenariusz filmu. Zaczynają się zupełnie zwyczajnie, gdzieś nad Bałtykiem, w sali treningowej w Gdyni, a kończą na najbardziej roztańczonej scenie świata. Bo właśnie w Gdyni narodziła się pasja, która kilka lat później zaprowadziła matkę i córkę prosto na legendarny Sambodrome Marquês de Sapucaí. 13 lutego 2026 roku 58-letnia Magdalini Kozłowska i jej córka Monika, Gdynianki, po raz drugi wystąpiły jako solistki (tzw. muzy) podczas karnawału w Rio de Janeiro. Reprezentowały brazylijską szkołę samby GRES União do Parque Acari, prowadząc jedną z parad przed publicznością liczącą 70-80 tysięcy osób. Przed telewizorami siedziały kolejne miliony widzów.Sambodrom to nie jest zwykła scena. To prawie 700 metrów alei, którą trzeba przetańczyć w wysokiej temperaturze, przy ogromnej wilgotności powietrza, w ciężkim, efektownym kostiumie i w tempie narzuconym przez szybkie enredo, piosenkę przewodnią szkoły. Za kilkudziesięciominutowym występem stoją miesiące przygotowań. Pół roku intensywnych treningów, siłownia w Polsce, próby z instruktorami już na miejscu w Brazylii, często bez klimatyzacji, w ponad 30-stopniowym upale. Do tego stres związany z kostiumami. Ale kiedy w świetle reflektorów mieniły się czerwienią, żółcią, zielenią i niebieskim, nikt nie miał wątpliwości, że Gdynianki wyglądały spektakularnie. Monika Kozłowska podczas karnawału w Rio De Janeiro (fot. Diego Mendes)Ich rola nie ograniczała się do tańca. Jako solistki szły przed jedną z grup artystów, miały rozgrzewać publiczność, łapać kontakt wzrokowy z ludźmi nawet na najwyższych trybunach. Wiedziałyśmy, że w Brazylii trzeba być gotowym na wszystko, bo tam nic nie jest do końca przewidywalne. I rzeczywiście, nie obyło się bez nerwów i niespodziewanych zwrotów akcji, zwłaszcza w kwestii kostiumów. Choć projekt dostałyśmy pół roku wcześniej, nasze plecaki dotarły nie w pełni wykończone, co na moment podniosło nam ciśnienie. Na szczęście, gdy tylko je założyłyśmy i stanęłyśmy w świetle reflektorów, wszystkie obawy zniknęły. Wyglądałyśmy zjawiskowo, a kostiumy robiły ogromne wrażenie – dokładnie tak, jak marzyłyśmy – opowiada Magdalini Kozłowska. Magdalini Kozłowska podczas karnawału w Rio De Janeiro (fot. Diego Mendes)Dziś o Magdalini i Monice mówi się coraz częściej. Występowały w telewizji, prowadzą media społecznościowe jako Wirujące Sambistki, pokazują kulisy treningów i przygotowań. Inspirują inne kobiety, by spróbowały czegoś nowego. Wszystko zaczęło się od jednej podróży. W 2019 roku mąż Magdalini zabrał ją na Teneryfę, na drugi co do wielkości karnawał po Rio. Stała wśród tłumu, patrzyła na roztańczone, uśmiechnięte tancerki, na pióra, cekiny i pulsujące bębny, i pomyślała: „Ja też tak chcę”. Po powrocie do Polski zaproponowała Monice, która akurat rozwijała własny zespół taneczny Queens, że do niego dołączy. I tak, trochę z ciekawości, trochę z marzenia, zaczęły uczyć się samby. Trenowały kilka razy w tygodniu, w salonie, w sali, gdzie się dało. Gdy miałam pięć lat mama zaprowadził mnie na zajęcia z gimnastyki artystycznej w Gdyni. Trenowałam wyczynowo przez 11 lat, byłam zawodniczką klasy mistrzowskiej. Musiałam zrezygnować z powodu kontuzji. Gdy już wróciłam do zdrowia, mama zaproponowała mi wspólne wyjście na zajęcia taneczne z salsy. Koniec gimnastyki był dopiero początkiem odkrycia drugiej pasji czyli tańca – wspomina Monika Kozłowska. Świat samby wciągnął je bez reszty. Marzenie o wyjeździe do Rio początkowo miało być tylko turystyczne – chciały zobaczyć karnawał z trybun. Ale im więcej trenowały, tym odważniej zaczęły myśleć: a gdyby tak zatańczyć tam razem? Jako matka i córka. W 2024 roku spełniły to marzenie po raz pierwszy. A drugi wyjazd był już świadomą decyzją, bo kiedy raz poczuje się energię Sambodromu, trudno o niej zapomnieć. Opublikowano: 28.02.2026 12:05 Autor: Michał Sałata (michal.salata@gdynia.pl)