Co nowego

Beata Buczek-Żarnecka od 30 lat na scenie

Beata Buczek-Żarnecka od 30 lat na scenie // fot. Roman Jocher

Beata Buczek-Żarnecka od 30 lat na scenie // fot. Roman Jocher

05.10.2019 r.

Artystyczne zacięcie towarzyszyło jej od najmłodszych lat. Pierwsze sceniczne kroki stawiała w zespole dziecięcym działającym w sanockim Domu Kultury, gdzie śpiewała i tańczyła. Już wtedy wiedziała, że chce zostać aktorką. Jest wszechstronna – żadnej roli się nie boi i misternie tworzy postaci, w które się wciela. Na deskach Teatru Miejskiego w Gdyni występuje od 25 lat. Możemy ją oglądać m.in. w „Hotelu Westminster”, „Dniu Świra”, „Cafe Luna” czy „Przygodach Remusa”. W sobotę, 5 października, rolą Barbary w spektaklu „Następnego dnia rano” Quiltera będzie świętowała jubileusz. Beata Buczek-Żarnecka obchodzi 30-lecie pracy artystycznej. Nam opowiedziała, jaki był dla niej ten czas.

Dziękuję losowi, że wykonuje zawód, który kocham i za to, że mam cudownych oraz zdolnych ludzi wokół siebie. Dzięki nim się rozwijam i mój sukces jest większy. Cieszę się, że cały czas widzowie chcą jeszcze przychodzić do teatru i mieć do czynienia z żywym aktorem, pomimo tych możliwości, jakie dają nasze dzisiejsze media. Za to czuję wdzięczność po tych latach pracy – mówi Beata Buczek-Żarnecka, aktorka Teatru Miejskiego w Gdyni.

Teatr poznawała od najmłodszych lat dzięki swojej mamie, która się nim pasjonowała. Nawet imię zawdzięcza jednej z najbardziej znanych polskich aktorek.

Moja mama zaraziła mnie miłością do teatru. Jako polonistka organizowała wyjścia na spektakle i przyjazdy różnych grup, dlatego że w Sanoku, z którego pochodzę, nie ma teatru. Przyjeżdżały teatry z Rzeszowa i na te spektakle mama mnie zabierała. Ciągle opowiadała mi też o warszawskich teatrach, gdzie studiowała i o aktorach. Nawet imię mam z powodu pani Beaty Tyszkiewicz – opowiada aktorka.

Można powiedzieć, że teatralna kariera była jej pisana, a scena przyciągała ją już w dzieciństwie. Jej artystyczna przygoda zaczęła się, kiedy miała 6 lat. Wtedy stawiała pierwsze sceniczne kroki - najpierw w zespole dziecięcym, a później w Zespole Pieśni i Tańca „Autosan” w Sanoku. To wszystko miało ogromny wpływ na wybór dalszej drogi kształcenia.

Miałam 6 lat, kiedy koleżanka wyciągnęła mnie do Domu Kultury. Tam był zespół dziecięcy, gdzie od razu występowałyśmy na scenie śpiewając i tańcząc. Później należałam jeszcze do zespołu tanecznego. Do końca liceum cały czas aktywnie występowałam i pracowałam na scenie. Pomogło mi to, podobnie jak szkoła muzyczna, dlatego że zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam czuć przestrzeń sceniczną i świetnie się na niej czułam. Zawsze lubiłam żywego widza. To było dla mnie czymś absolutnie naturalnym, że scena mnie uruchamia i mobilizuje, a nie paraliżuje – opowiada Buczek-Żarnecka.



Jej aktorska kariera rozpoczęła się na południu Polski. Zadebiutowała we wrześniu 1988 roku na scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Zagrała wtedy rolę Justysi w „Mężu i żonie” Aleksandra Fredry w reżyserii Aleksandry Górskiej. W 1989 roku ukończyła studia na wydziale aktorskim w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Potem przez rok występowała w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Stamtąd trafiła do Gdyni, gdzie najpierw (od 1990 do 1994 roku) pracowała w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej. Przeniosła się tu wraz z mężem, również aktorem - Mariuszem Żarneckim, z którym pracuje wspólnie do dzisiaj.

Łódź była szara i pomimo tego, że byliśmy w świetnym teatrze, przyszło mi do głowy, że może warto przyjechać do Gdyni do Teatru Muzycznego, gdzie dyrektorem był Jerzy Gruza. Któregoś majowego poranka zrealizowaliśmy ten pomysł i nagle trafiliśmy do Edenu. Przyjechaliśmy do pięknej i kwitnącej Gdyni. Kamienna Góra nas oczarowała. Przyjechaliśmy tu z zupełnie innego świata, z szarej robotniczej Łodzi. Był słoneczny majowy poranek i przeżyliśmy wielki, ale cudowny szok. Udało nam się wtedy spotkać z dyrektorem Gruzą i tego samego dnia podpisaliśmy umowę. Tak zaczęła się nasza przygoda z Gdynią – w maju 1990 roku – mówi aktorka.

Przeprowadzając się do Gdyni Beata Buczek-Żarnecka nie przypuszczała, że będzie to jej miejsce na Ziemi. Jednak, jak sama mówi, szybko tak się stało. Nasze miasto urzekło ją i jej męża.

Tutaj gramy, mamy nasze życie, tu urodziły się nasze dzieci. Tu żyje się wygodnie i szczęśliwie. To jest zdecydowanie nasze miejsce, nie myślimy o wyprowadzce. Jeśli potrzebny będzie mi zgiełk, to wystarczy pojechać do Warszawy do pracy. Nie ma z tym problemu. Można pojechać tam, popracować chwilę, wchłonąć tę wielokulturowość i z ulgą wrócić tutaj. Pracować można w różnych miejscach, a nie trzeba od razu koniecznie opuszczać miejsca, które się kocha – wyznaje Buczek-Żarnecka.

Po odejściu Jerzego Gruzy z Teatru Muzycznego aktorka wraz z mężem przeszła do Teatru Miejskiego w Gdyni. Pracuje tam od 1994 roku, czyli już od ćwierć wieku. W tym czasie zagrała wiele ważnych ról. Była m.in. Shelley w „Ontologicznym dowiedzie na moje istnienie” Joyce’a Carola Oatesa w reżyserii Agnieszki Olsten, Maszą w „Mewie” Czechowa w reżyserii Julii Wernio czy Balladyną w „Balladynie” Słowackiego, którą wyreżyserował Robert Czechowski. Jej dorobek jest bardzo bogaty. Niemal co wieczór wciela się w inną postać. Obecnie można ją oglądać m.in. w: „Hotelu Westminster”, gdzie wciela się w Pamelę Willey. Jest też Rositą w „Cafe Luna”, Marcjanną i Matką w „Przygodach Remusa” czy Matką w „Zabójstwie króla”. Młodsi widzowie mogą ją zobaczyć w „Królowej Śniegu”, gdzie gra tytułową postać. Jakie role były dla niej największym wyzwaniem?

Było kilka ról, które poczułam. Fizycznie i psychicznie mocno wyczerpała mnie Shelley w „Ontologicznym dowodzie na moje istnienie”. Wyzwaniem i przyjemnością była Blanche z „Tramwaju zwanego pożądaniem”. Cudowną przyjemnością była też Masza z „Mewy” Czechowa. Natomiast z tych ostatnich – bardzo ważne dla mnie role i dające satysfakcję zawodową to na pewno Pani z „Pokojówek” i Matka z „Zabójstwa Króla” Pasoliniego. Te role wymagały wejścia w bebechy, doszukania się ukrytych, ciemnych pokładów naszych emocji i osobowości. To były role, które pchnęły mnie do przodu. Cudowną, szaloną zabawą, ale taką, która wymagała także dyscypliny podczas pracy była Antonina ze „Związku otwartego”. Miałam takie szczęście, że trafiło mi się dużo ról, które lubiłam i które wymagały ode mnie poszukania czegoś więcej. Nie zawsze mi się to podobało, ale zauważyłam, że im dłużej jestem w tym zawodzie, tym bardziej cenię i lubię takie wyzwania. Kiedy zaczynam pracę i myślę z przerażeniem, że nie mam pojęcia, co z tym zrobić, to wtedy myślę: „Tak to chyba dobry punkt do rozpoczęcia pracy” – mówi aktorka.

Buczek-Żarnecka często występuje na scenie ze swoim mężem. Jak mówi woli jednak, kiedy nie grają pary.

Wolę grać z mężem takie role, które nie sytuują nas jako pary, tylko jako antagonistów. Wydaje mi się, że lepiej dla nas, kiedy grając w jeden sztuce, nasze role niekoniecznie są zależne od siebie. Czasem nie mamy już takiego dystansu do siebie, ale gra się z nim dobrze. W końcu kiedy gra się z dobrym aktorem, to zawsze dobrze się gra – tłumaczy Buczek-Żarnecka.

Aktorka zagrała też w kilku filmach i serialach. Można ją było zobaczyć m.in. w: spektaklu telewizyjnym „Dzieci Arbatu”, gdzie wcieliła się w Lenę Budiaginę, w „Żołnierzu królowej Madagaskaru” jako Sabinę czy w spektaklu telewizyjnym „Dobrze”. Wystąpiła też w „Klanie”, „Lokatorach” czy serialu „M jak Miłość”. Mimo że praca przed kamerą jest kusząca, to aktorka lepiej czuje się w teatrze.

Zdecydowanie bardziej kocham teatr niż film. Lepiej go czuję i chyba z wzajemnością. Uwielbiam zwłaszcza małą scenę, kiedy mam widza na wyciągnięcie ręki. Wiem, że kiedy zacznę, nikt mi nie przerwie do końca spektaklu. Mogę stworzyć postać od początku do końca i ją poprowadzić. Natomiast na planie gramy kawałkami. Ekipa cichnie na moment ujęcia, ale zaraz potem ta magia się kończy i to skupienie jest brutalnie ucięte. Kiedyś bardzo mnie to deprymowało, kiedy się ucinało i nagle pojawiał się gwar. Potem już się z tym oswoiłam – tłumaczy Buczek-Żarnecka.

Emocje, jakich doświadczają widzowie podczas spektaklu i ich reakcje są dla aktorów bardzo ważne. Okazuje się, że gdyńska publiczność jest pod tym względem wyjątkowa.

Gdyńscy widzowie mają cudowną cechę – lubią swoich aktorów. I to jest niezmiernie uskrzydlające. Bardzo lubię, kiedy widzowie mnie zaczepiają, pochodzą do mnie. Ta publiczność jest żywa, zainteresowana i lubi swój teatr. To nie jest takie oczywiste w innych ośrodkach. Dlatego to cenię i zawsze przed wejściem na scenę dziękuję tym, którzy przyszli na spektakl, choć oni o tym nie wiedzą – mówi aktorka.

fot. Roman Jocher
fot. Roman Jocher

5 października, rolą Barbary w spektaklu „Następnego dnia rano” Quiltera, Beata Buczek-Żarnecka będzie oficjalnie świętować jubileusz 30-lecia pracy artystycznej. Za swój sceniczny dorobek otrzyma nagrodę prezydenta miasta Gdyni.

W sobotę gram cudowną sztukę, którą wszyscy bardzo lubimy. Jestem tam fantastyczną Barbarą – absolutnie szaloną i zupełnie inną ode mnie kobietą. Kiedy się w nią zanurzam, to autentycznie staje się tą postacią. Cudowna rola pozwalająca uruchomić wszystkie możliwe pokłady szaleństwa, fantazji i środków aktorskich. I to bezkarnie, bo ani przez moment nie jestem tam prywatna, a mogę sobie pozwolić na wszystko. Cudowna rola na jubileusz – opowiada Buczek-Żarnecka.

Aktorka ma w swoim dorobku kilka nagród i wyróżnień. W 1998 roku na VII KTO w Warszawie otrzymała nagrodę indywidualną za rolę w spektaklu „Zbiór bzdur...”. Rok później, za całokształt twórczości, docenił ją prezydent Gdyni. W 2002 roku ponownie została nagrodzona przez prezydenta Gdyni z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru - za całokształt pracy, a zwłaszcza za rolę Maszy w „Mewie” Czechowa w Teatrze Miejskim w Gdyni.W 2006 i 2017 roku przyznano jej nagrodę dyrektorów Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. W 2014 roku prezydent Gdyni przyznał jej nagrodę za tytułową rolę w „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena w reżyserii Krzysztofa Babickiego i Pani w „Pokojówkach” tego samego reżysera. Natomiast w 2019 roku ta sama nagroda trafiła do niej za Pamelę Willey w „Hotelu Westminster” w reżyserii Bogdana Cioska, dwie hipnotyzujące role: Helli i Doktora Strawinsky’ego w „Mistrzu i Małgorzacie” w reżyserii Jacka Bały oraz niezwykle poruszającą rolę Matki w „Zabójstwie króla” Piera Paola Pasoliniego, które wyreżyserował Krzysztof Babicki.

fot. Piotr Manasterski
fot. Piotr Manasterski

Beata Buczek-Żarnecka urodziła się w 1967 roku w Sanoku. Jest aktorką wszechstronną i nie boi się wyzwań. Obdarzona doskonałym głosem i perfekcyjnym warsztatem scenicznym. Jubilatce, wspólnie z zespołem Teatru Miejskiego, życzymy wielu nowych wyzwań, sukcesów artystycznych, samorealizacji i zadowolenia z obranej drogi życiowej.