Co nowego

Małgorzata Talarczyk od 50 lat na scenie

Małgorzata Talarczyk w roli Escalusa w spektaklu

Małgorzata Talarczyk w roli Escalusa w spektaklu "Romeo i Julia" w reżyserii Krzysztofa Babickiego // fot. Roman Jocher

22.11.2020 r.

Choć teatr towarzyszył jej od najmłodszych lat, to na początku w ogóle nie myślała, że zostanie aktorką. Kierowała się bardziej ku reżyserii. Jednak oczarowała ją interpretacja poezji i szybko zrozumiała, że jej miejsce jest na scenie. Przez lata wcielała się w różnego rodzaju postacie. Grała troskliwe matki, kobiety bezwzględne, święte, ale wcielała się też w męskie role. Na deskach Teatru Miejskiego w Gdyni występuje już niemal 40 lat. W ostatnim czasie mogliśmy ją oglądać m.in. w takich przedstawieniach jak „Romeo i Julia”, „Przygody Remusa” czy „Mistrz i Małgorzata”. Małgorzata Talarczyk obchodzi 50-lecie pracy artystycznej. Nam opowiedziała, jaki był dla niej ten czas.

– W ogóle nie myślę, że to już tyle lat minęło. Właściwie to nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że spotkają mnie nagle takie cyfry. Moja pasja do teatru nie przeminęła. Staje się coraz częściej, z racji wieku i mojego stanu zdrowia, kimś już bardziej na widowni niż na scenie, ale muszę powiedzieć, że jestem widzem bardzo wdzięcznym i pełnym zachwytu dla każdej pięknej sceny, którą mam szansę zobaczyć. Czy jestem zadowolona? Trudno powiedzieć. Pewnie zawsze chciałoby się więcej. Pozostaje pewien niedosyt. A czy jestem jeszcze głodna jakiś ról? Nie myślę o tym w taki sposób. Jak się przydarzy to będzie, jak się nie przydarzy, to myślę, że tyle lat służby scenie jakoś mnie usprawiedliwi przed Bogiem – mówi Małgorzata Talarczyk, aktorka Teatru Miejskiego w Gdyni.

Można powiedzieć, że teatralna kariera była jej pisana. Poznawała go od najmłodszych lat dzięki swoim rodzicom. To oni wykształcili w niej i jej siostrze miłość do kultury i sztuki.

– Miałam bardzo surowy dom i kochanych, najlepszych na świecie, ale i wymagających rodziców, którzy chowali swoje dzieci – tzn. mnie i moją siostrę – w potrzebie kultury, książki, teatru. Miałyśmy karnety do teatru, do filharmonii – to były takie nasze obowiązki. Byłam też regularnie prowadzana przez rodziców do teatru i do opery, nie mówiąc już o tym, że mama mnie zapisała do Koła Miłośników Teatru, gdzie należeli ludzie dorośli. Ja przychodziłam tam już jako nastolatka i miałam przez to okazję wysłuchiwać różnego rodzaju fantastycznych odczytów wybitnych teatrologów i krytyków, brałam udział w spotkaniach z aktorami. Słuchałam tego wszystkiego z rozdziawioną buzią. A przy okazji, dzięki temu kołu, miałam okazję oglądać spektakle nie tylko w Poznaniu, ale i poza nim. Jeździliśmy na festiwale i to było dla mnie wielkie przeżycie. Tak więc ta edukacja teatralna była od samego początku dosyć intensywna – opowiada aktorka.

I tak już zostało. Teatr pochłonął ją całkowicie, chociaż na początku nie było pewne, czy zostanie aktorką. Co o tym zdecydowało? Interpretacja poezji.

– Chciałam być w teatrze. Zawsze mówiłam, że chcę zostać reżyserem, nie do końca wiedząc na czym to polega. Pamiętam, jak w Pałacu Kultury w Poznaniu był organizowany Dzień Teatru. Aktorzy mówili wtedy wiersze. Wszystko trwało pół dnia. Można było tam wejść nie płacąc za bilet, ale przynosząc kwiat. To się nazywało „Kwiatek dla aktora” . Wtedy właśnie oczarowałam się poezją i interpretacją poezji. To chyba był ten moment. I postanowiłam, że będę zdawać do Szkoły Teatralnej i koniec – mówi Talarczyk.
Małgorzata Talarczyk jako Trąbina w "Przygodach Remusa" // fot. Roman JocherMałgorzata Talarczyk jako Trąbina w "Przygodach Remusa" // fot. Roman Jocher

Zadebiutowała w listopadzie 1970 roku na scenie Teatru Dolnośląskiego w Jeleniej Górze. Zagrała wtedy w „Apetycie na czereśnie” Agnieszki Osieckiej w reżyserii Tadeusza Kozłowskiego. Od 1975 roku występowała w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze. W 1976 roku zdała egzamin eksternistyczny dla aktorów dramatu. W 1982 roku trafiła do Gdyni do Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza, który wtedy był jeszcze Teatrem Dramatycznym. Pracuje tu niemal 40 lat, z krótką dwuletnią przerwą.

– To się wzięło stąd, że wyszłam za mąż za Romana Talarczyka, który był synem Kazimierza Talarczyka – aktora Teatru Wybrzeże. Mój mąż wraz z rodziną kształcił się w Gdyni, chodził tu do szkoły podstawowej i liceum. Również był aktorem, skończył łódzką filmówkę. Jego tęsknota do tego, żeby wrócić na Wybrzeże była ogromna. Myślę, że wtedy, kiedy pracę zaproponował nam pan Zbigniew Bogdański, ówczesny dyrektor Teatru Dramatycznego, natychmiast zaangażowaliśmy się do Gdyni – opowiada aktorka.

Małgorzata Talarczyk na co dzień mieszka w Gdańsku, ale Gdynię ma zawsze w sercu. Nasze miasto urzekło ją już wiele lat temu.
 
– Gdynię kochałam od dziecka, jeżdżąc z rodzicami na wakacje i zwiedzając. Pamiętam moje wrażenia – niezapomniane – z pierwszej wizyty na skwerze Kościuszki czy w małej kawiarni, która mieściła się przy małym kościółku na Świętojańskiej. Zawsze darzyłam to miasto ogromną sympatią. Zapisało się w mojej głowie jako cudowne miejsce. To było okno na świat w szarym świecie PRL-u, Gdynia jako symbol nowoczesności, energii, młodości. Poza tym tu są bardzo dobrzy, otwarci ludzie. Zawsze robili na mnie takie wrażenie i do dziś mnie to zawsze rozczula – mówi Talarczyk.

Małgorzata Talarczyk w spektaklu "Fantazy" // fot. Marcin Marzec
Małgorzata Talarczyk w spektaklu "Fantazy" // fot. Marcin Marzec

Przez lata zagrała wiele ważnych i charakterystycznych ról. Była m.in. Kasandrą w „Odprawie posłów greckich” Jana Kochanowskiego, Marią Magdaleną w „Historyi o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka, Pudlem w „Brytanie Brysiu” Aleksandra Fredry, Klaudestyną de Montreuil w „Bezimiennym dziele” Stanisława I. Witkiewicza, Hermią i Tytanią w „Śnie nocy letniej” Williama Shakespeare’a, Księżną Himalaj w „Operetce” Witolda Gombrowicza, Iwoną i Królową Małgorzatą w „Iwonie, księżniczce Burgunda” Witolda Gombrowicza, Alą i Eugenią w „Tangu” Sławomira Mrożka czy Matką w „Balladynie” Juliusza Słowackiego. Jej dorobek jest bardzo bogaty. W ostatnim czasie można ją było zobaczyć w spektaklu „Romeo i Julia”, gdzie wciela się w postać Escalusa. Gra też Trąbinę w „Przygodach Remusa” czy Starca w „Dziadach”. Które role były dla niej najważniejsze?

– Pani Maria w „Kompozycji w słońcu” Ingmara Villquista to było ogromne wyzwanie, ważna rola. Maria Magdalena w „Historyi o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim”. To była dla mnie bardzo istotna rola. Każde wyzwanie jest na swój sposób ciekawe i im trudniejsze, tym lepiej dla aktora, bo trzeba się wspiąć na nieznane obszary i wejść na nieznane szczyty, a to czasami bardzo trudne. Myślę, że taką rolą też była Królowa w „Iwonie, księżniczce Burgunda” w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. Ogromne wyzwanie i bardzo dobre wspomnienie pracy. Pan Waldemar jest bardzo wymagającym reżyserem i bardzo wiele mu zawdzięczam – wylicza aktorka.

Małgorzata Talarczyk miała szczęście otrzymywać różnorodne role. I - jak sama mówi - właśnie ta różnorodność, obok prawdy, jest istotą aktorstwa.

– Różnorodność zmusza do ogromnej pracy wyobraźni. W zderzeniu ze współpracą z reżyserem to są nieprawdopodobne przygody. I ta elastyczność, którą aktor musi wykazywać, to jest ogromne wyzwanie, a jednocześnie to bardzo buduje, rozwija i stanowi niesamowity kapitał. Kiedy człowiekowi uda się wspiąć na jakąś trudność i pokonać ją na scenie, to jest po prostu rzecz niebywała. To zostaje w człowieku na zawsze i zyskuje powszechny szacunek w środowisku teatralnym – mówi Talarczyk.

Małgorzata Talarczyk jako Meg w "Urodzinach Stanleya" // fot. Marcin Marzec
Małgorzata Talarczyk jako Meg w "Urodzinach Stanleya" // fot. Marcin Marzec

Aktorka zagrała też w kilku filmach i serialach. Można ją było zobaczyć m.in. w: „Mieście z morza”, „Rubinowych godach” czy „Dla Ciebie i ognia”. Wystąpiła też w „Lokatorach”, „Sąsiadach” czy serialu „Ja Wam pokażę”. Mimo że praca przed kamerą jest kusząca, to aktorka lepiej czuje się w teatrze.

– Teatr wymaga niebywałych umiejętności i techniki, która w filmie jest prawie że zbędna. Nie lubię specjalnie pracy w filmie, chociaż jest fascynujący. Zawsze zazdroszczę aktorom, którym wystarczy klaps na planie i mają w oczach coś takiego, co jest pełne, przejmujące. To jest podobne do tego, jak ktoś rozmawia przez telefon. Jeżdżąc kolejką, obserwuję oczy ludzi, którzy rozmawiają przez komórkę. Niewiele mówią, natomiast słuchają i ja wtedy widzę, jak zmienia się im barwa oczu. I to samo obserwuję u największych aktorów, których mam okazję oglądać w filmie – tłumaczy Talarczyk.

Dla aktorów ważna jest publiczność. Jak mówi Małgorzata Talarczyk ta gdyńska jest niezwykła i specyficzna.

– Gdyńska publiczność ma odrębny charakter. Jest zupełnie inna niż ta w Gdańsku. Ma swoje upodobania i w tym zakresie jest bardzo wymagająca. Lubi dobrą literaturę, jest wyczulona na muzyczność, na radość, komedię, a jednocześnie również na bardzo wysublimowane produkcje. Ta publiczność nie jest szablonowa, ale niezwykła – cudownie słucha i reaguje. Czuje się napięcie i niebywały odbiór, czasami w kompletnej ciszy. W Gdyni widz jest bardzo przywiązany do naszego teatru i to się odczuwa. Ta scena ma swoich fanów.

Od 1983 roku Talarczyk pracuje też jako nauczycielka zadań aktorskich w Studium Wokalno-Aktorskim przy Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Lubi pracować z młodymi aktorami, ale też przypomina im, z czym się wiąże aktorstwo.

– Młodzi ludzie są niesamowicie wdzięcznym materiałem, są twórczy i inspirujący, nieustannie zmuszają do myślenia, do poznawania zupełnie nowych rzeczy. Aktor nie osiągnie jednak nic, jeśli nie poświęci się scenie w zupełności. Scena jest bardzo zazdrosna i nie lubi rywalek. Trzeba się zastanowić, czy warto poświęcić życie dla jednego, dwóch, może pięciu przedstawień, które są najważniejsze, bo tak jest w życiu aktorskim – mówi aktorka.
Małgorzata Talarczyk - na zdjęciu z aktorem Piotrem Michalskim // fot. Joanna SierchaMałgorzata Talarczyk - na zdjęciu z aktorem Piotrem Michalskim // fot. Joanna Siercha

W listopadzie mija dokładnie 50 lat od debiutu Małgorzaty Talarczyk. Świętuje ona zatem jubileusz swojej pracy artystycznej. Zwyczajowo aktorzy obchodzą to święto wraz z widzami, na scenie. Obecna sytuacja sprawiła, że aktorka świętowała kameralnie, w gronie kolegów i koleżanek z teatru.

– Mój jubileusz był obchodzony w taki sposób, w jaki to było możliwe. Koledzy ustawili się na dużej widowni, w odległościach, zgodnie z wymogami sanepidu. Byłam poruszona, bo dostałam przepiękne kwiaty i długo niemilknące brawa całej załogi teatru. To jest niesamowite, wielka nagroda – przyznaje ze wzruszeniem Talarczyk.

Aktorka ma w swoim dorobku wiele nagród i wyróżnień. W 1994 roku otrzymała nagrodę artystyczną prezydenta Gdyni. Po raz kolejny to wyróżnienie trafiło do niej w 1996 roku. Wtedy nagrodzono ją z okazji Dnia Teatru w 25-lecie pracy artystycznej. W 2004 roku otrzymała Złoty Krzyż Zasługi. W tym samym roku prezydent Gdyni po raz kolejny przyznał jej nagrodę teatralną. Doceniono ją z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru za całokształt znakomitych osiągnięć w ciągu 34 lat pracy w zawodzie aktorskim, za wybitne kreacje - w szczególności za rolę Madame Dindon w „Klatce Wariatek”. Nagrodę prezydenta Gdyni z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru otrzymywała jeszcze dwukrotnie – w 2008 i 2010 roku. Natomiast w 2015 roku została odznaczona brązowym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. W 2016 roku dyrektor Centrum Edukacji Artystycznej przyznał jej nagrodę indywidualną II stopnia za szczególny wkład w rozwój edukacji artystycznej w Polsce.

Od 1996 roku przewodniczy gdańskiemu Oddziałowi Związku Artystów Scen Polskich.

Z okazji jubileuszu aktorka składa podziękowania współpracownikom.

– Bardzo dziękuję wszystkim kolegom ze sceny, z którymi się w życiu zetknęłam. Pewnie od każdego czegoś się nauczyłam – od jednych więcej, od innych mniej – ale wspominam ludzi, z którymi dane mi było pracować, najserdeczniej i najgoręcej. Dziękuję fantastycznym reżyserom, którzy mnie wiele nauczyli. Dziękuje dyrektorom, pod kierunkiem których dane mi było pracować. Wielka rzecz dla mnie to jest również to, że miałam okazję poznać tylu ludzi w ZASP-ie, w którym szefuje od ponad 20 lat. To nieprawdopodobna przygoda i rzecz, że znam środowisko teatralne na Pomorzu i to jest mój wielki skarbczyk. Znajomość z tymi fantastycznymi ludźmi jest niesamowita. Jestem wszystkim ogromnie wdzięczna za to, że zechcieli ze mną współpracować – mówi Talarczyk.

Małgorzata Talarczyk, aktorka Teatru Miejskiego w Gdyni na Scenie Letniej // materiały Teatru Miejskiego w Gdyni
Małgorzata Talarczyk, aktorka Teatru Miejskiego w Gdyni na Scenie Letniej // materiały Teatru Miejskiego w Gdyni

Małgorzata Talarczyk
urodziła się w 1951 roku w Poznaniu. Jest aktorką wszechstronną i nie boi się wyzwań. Jubilatce, wspólnie z zespołem Teatru Miejskiego, życzymy zdrowia, niesłabnących sił twórczych, wielu nowych sukcesów artystycznych, samorealizacji i zadowolenia z obranej drogi artystycznej.